Poczuliśmy się dziwnie. Siedzi ekipa przy ognisku, wygląda na to że się znają. Rozklęci wszyscy jak szewcy. Podchodzi do nas facet i niewybrednym językiem tłumaczy gdzie co jest. Chcieliśmy odkupić browarki, bo nie bardzo było jak targać to nie pozwolili.
Baza ta położona nieco na odludziu, wodę czerpie ze strumienia przepływającego w dole, nad ogniskiem jest ruszt zamocowany łańcuchami do obrotowej szubienicy. Prądu i zasięgu brak. Mieliśmy jajka i boczuś, więc nadszedł czas na glaję. Wprawdzie na ruszcie stał wielki gar, no ale mieliśmy nadzieje się zmieścić. Przy ognisku jednak zostaliśmy poczęstowani glają tutejszą. Była z mięskiem więc niestety Aga musiała sobie sama zrobić jajeczniczkę. Niech żałuje.
Przyszedł do nas Mecenas, wrocławski prawnik na wakacjach i ostrzegał. Szedł czerwonym szlakiem tak jak i my. Miał dojść aż do gór Izerskich. Ale padał deszcz, wszedł do knajpy w Ustrzykach, poznał Laszla, trafił na Rabe i siedzi już tu półtora tygodnia. No ale my stwierdziliśmy, ze z rana się zawijamy następnego dnia. Oj naiwni, naiwni.

