Tak dla odmiany zacznę od tego... że dawno nie pisałem, a jakże. A bo jak wróciłem z majowego, to nieco niedomagałem. W sumie tak prawie miesiąc mnie coś męczyło, pogoda bez sensu, nic się nie działo, w sensie imprezowym. A to za chwilę się sesja zaczęła i znów lipa. A ze względu na pewnego pana S. o nazwisku podobnym do mojej ksywy potrwała niezwykle długo. Tak więc egzamin zdawałem dnia 7 lipca, trwał 3 godziny 10 minut, zakończył się oceną niedostateczną. Delikatnie mówiąc nieco zdenerwowany wsiadłem w pociąg i pojechałem na SLOT. No a tam jak zwykle bajka. Cała masa wspaniałych ludzi, pozytywnej energii, zgłębiania siebie. Dużo rozmów, dużo przemyśleń. Rewelacja. Tylko wróciłem, a już pojechałem z rodzinką na Suwałki Blues Festival. Kolejna bomba, w dzień smażenie się i moczenie tyłka w jeziorze Wigry, wieczorami kosmiczna dawka muzyki, zwłaszcza w wykonaniu Joe Bonamassy i Ten Years After. Chwila oddechu pofestiwalowego i przyjechała do mnie moja Madzia. Kolejny fantastyczny czas tych wakacji. Dużo leżenia i nic nierobienia, gotowania, trochę spacerów, trochę rowerów. Pełen luzik z nutką romantyzmu. Tego mi było trzeba, zdecydowanie. Potem kilka imprez również bardzo sympatycznych, bilardzik w Peronie, wściekłe w złotym ośle. W międzyczasie kolejny objaw starzenia się. Pierwszy raz moja była dziewczyna wyszła za mąż. W prawdzie biliśmy krótko i to było bardzo dawno temu, ale jak się widzi kogoś, kto kiedyś był bardzo blisko serca przed ołtarzem to jednak dziwnie tak. W każdym razie życzę im szczęścia takiego jakie było w Nich widać zawsze.
I tak o. Czwartego sierpnia ruszyłem na podbój gór. Plany były ambitne, wyszło wszystko nieco inaczej, ale tak czy inaczej kończą się jedne z najlepszych moich wakacji w życiu. A co się działo, to jeszcze napiszę.
P.S. I z takich ważniejszych rzeczy w życiu to ściąłem włosy.


