RSS
mblog.pl
..::||Stempien Blog||::..
Bieszczady very light expedition. Część czwarta: NieŚwiadomość.
2009-08-27 | 22:29:44

Poczuliśmy się dziwnie. Siedzi ekipa przy ognisku, wygląda na to że się znają. Rozklęci wszyscy jak szewcy. Podchodzi do nas facet i niewybrednym językiem tłumaczy gdzie co jest. Chcieliśmy odkupić browarki, bo nie bardzo było jak targać to nie pozwolili.

Baza ta położona nieco na odludziu, wodę czerpie ze strumienia przepływającego w dole, nad ogniskiem jest ruszt zamocowany łańcuchami do obrotowej szubienicy. Prądu i zasięgu brak. Mieliśmy jajka i boczuś, więc nadszedł czas na glaję. Wprawdzie na ruszcie stał wielki gar, no ale mieliśmy nadzieje się zmieścić. Przy ognisku jednak zostaliśmy poczęstowani glają tutejszą. Była z mięskiem więc niestety Aga musiała sobie sama zrobić jajeczniczkę. Niech żałuje.

Przyszedł do nas Mecenas, wrocławski prawnik na wakacjach i ostrzegał. Szedł czerwonym szlakiem tak jak i my. Miał dojść aż do gór Izerskich. Ale padał deszcz, wszedł do knajpy w Ustrzykach, poznał Laszla, trafił na Rabe i siedzi już tu półtora tygodnia. No ale my stwierdziliśmy, ze z rana się zawijamy następnego dnia. Oj naiwni, naiwni.

autor: stempien | skomentuj (1)


Bieszczady very light expedition. Część trzecia: Pierwsze wyjście z mroku.
2009-08-22 | 13:28:45

W końcu jakaś mała zmiana. Coś zaczęło się przejaśniać. Nieśmiało jeszcze, niepewnie. No ale. Trzeba było się ruszyć w końcu. Naszą motywacją były ziemniaczki pieczone z sosem czosnkowym które mieliśmy spożyć po powrocie. Razem jeszcze z moja koleżanką z roku i jej boyem, którzy przypadkowo też przebywali w Ustrzykach ruszyliśmy piechotką do Wołosatego i dalej na Przełęcz Bukowską. Najpierw mieliśmy ruszyć końskim szlakiem, ale błotko było po kolana miejscami, więc pozostała szosa. Klepanie asfaltu na początek i w ogóle mały spacerek na rozgrzewkę, tego było trzeba. Czas minął szybko i miło a ziemniaczki smakowały wyjątkowo dobrze.

Dalsze plany zmieniały się z minuty na minutę. Zostawanie w Ustrzykach i robienie połonin i Tarnicy w weekend mijało się z celem. Były koncepcje Cisnej, Komańczy, Smolnika. W końcu po zakupach w Cisnej stwierdziliśmy, że po prostu idziemy czerwonym aż do bazy Rabe. Skończyło się "very light". Plecak miałem lekki ale jak mi do graba przywiązano starego, ciężkiego akustyka nie było już tak miło. Trochę mnie w ziemię wgniatało, kolana zaczynały dawać o sobie znać. Ale szło się miło, szlak wygodny, szeroki. Mało ludzi. Trochę mnie dobiło zejście żółtym, ale jakoś powoli dało radę. W końcu zaczęliśmy się zbliżać. Nieświadomi tego co nas czeka powoli zmierzaliśmy do innego wymiaru zwanego Rabe, który wkrótce miał nas pochłonąć.

autor: stempien | skomentuj (0)


Bieszczady very light expedition. Część druga: One more rainy day.
2009-08-21 | 11:43:50

No i ruszyliśmy. Z małą Agą, jak zwykle stopem, podróż minęła szybko i miło. Jak zwykle również ostatnio zastosowałem taki patent, że na koniec daje każdemu lizaka. Tak się ludzie cieszą, ze bajka. Nikt nigdy nie chce pieniędzy, a to taki miły gest w stronę dobrych ludzi. Na wieczór dotarliśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie czekał już na nas Jemioła.

Nocleg był bardzo fajny. Za kościołem są takie 4 chałupy i wszędzie tam wynajmują turystom. Nasza stodółka z mocno stromą drabiną była całkiem niezła, były materace, woda, kibelek, kuchenka gazowa. Wszystko czego turysta potrzebuje. Sąsiedzi bardzo mili, choć większość w namiotach. W tym dziewczyna, która pierwszego dnia złamała nogę na połoninie i była helikopterem zabierana. Pomyślałem sobie, hmmm, zawsze chciałem polatać helikopterem, ale czy akurat w takich okolicznościach? Na wieczór z gitara przenieśliśmy się na działkę obok, bo tam ktoś coś brzdąkał. Siedzieliśmy sobie w wiacie tradycyjnie, browarek i śpiew.

I w tym momencie, powinien znaleźć się fragment filmu Forrest Gump. Taki moment kiedy to zaczyna padać i pada z góry z przodu z boku a czasami nawet z dołu. No i u nas zaczęło padać. Lało kiedy się kładliśmy, kiedy budziliśmy się w nocy, kiedy myśleliśmy o tym, czy można już wstać, odpowiadając samemu sobie zdecydowane raczej nie. Dzień minął na nudzie, graniu w statki na 3 osoby, gotowaniu, siedzeniu w knajpie i snuciu wielkich planów na przyszłość. Plany te rozbijały się jednak o kolejne krople deszczu, które żegnały nas wieczorem i witały kiedy budziliśmy się dnia następnego.

autor: stempien | skomentuj (1)


Bieszczady very light expedition. Część pierwasza: Biforek.
2009-08-20 | 12:12:57

Tak dla odmiany zacznę od tego... że dawno nie pisałem, a jakże. A bo jak wróciłem z majowego, to nieco niedomagałem. W sumie tak prawie miesiąc mnie coś męczyło, pogoda bez sensu, nic się nie działo, w sensie imprezowym. A to za chwilę się sesja zaczęła i znów lipa. A ze względu na pewnego pana S. o nazwisku podobnym do mojej ksywy potrwała niezwykle długo. Tak więc egzamin zdawałem dnia 7 lipca, trwał 3 godziny 10 minut, zakończył się oceną niedostateczną. Delikatnie mówiąc nieco zdenerwowany wsiadłem w pociąg i pojechałem na SLOT. No a tam jak zwykle bajka. Cała masa wspaniałych ludzi, pozytywnej energii, zgłębiania siebie. Dużo rozmów, dużo przemyśleń. Rewelacja. Tylko wróciłem, a już pojechałem z rodzinką na Suwałki Blues Festival. Kolejna bomba, w dzień smażenie się i moczenie tyłka w jeziorze Wigry, wieczorami kosmiczna dawka muzyki, zwłaszcza w wykonaniu Joe Bonamassy i Ten Years After. Chwila oddechu pofestiwalowego i przyjechała do mnie moja Madzia. Kolejny fantastyczny czas tych wakacji. Dużo leżenia i nic nierobienia, gotowania, trochę spacerów, trochę rowerów. Pełen luzik z nutką romantyzmu. Tego mi było trzeba, zdecydowanie. Potem kilka imprez również bardzo sympatycznych, bilardzik w Peronie, wściekłe w złotym ośle. W międzyczasie kolejny objaw starzenia się. Pierwszy raz moja była dziewczyna wyszła za mąż. W prawdzie biliśmy krótko i to było bardzo dawno temu, ale jak się widzi kogoś, kto kiedyś był bardzo blisko serca przed ołtarzem to jednak dziwnie tak. W każdym razie życzę im szczęścia takiego jakie było w Nich widać zawsze.

I tak o. Czwartego sierpnia ruszyłem na podbój gór. Plany były ambitne, wyszło wszystko nieco inaczej, ale tak czy inaczej kończą się jedne z najlepszych moich wakacji w życiu. A co się działo, to jeszcze napiszę.


P.S. I z takich ważniejszych rzeczy w życiu to ściąłem włosy. 

autor: stempien | skomentuj (1)


Zmiany, zmiany
2009-04-26 | 17:23:38

Jak zwykle dawno nie pisałem. A chyba jest o czym, bo zmieniło się sporo. Ku zdziwieniu mojemu oraz otoczenia nie jestem już sam. Otoczenie jest zdziwione że idąc na imprezę, nikogo nie wyrywam, ja się dziwię, bo moje maleństwo rożni się bardzo od różnych moich wyobrażeń jaka to moja dziewczyna nie powinna być. Niezależnie od tego jest wspaniała i mimo na prawdę sporych różnic światopoglądowych jest nam razem dobrze.

Konsekwencje ta sytuacja rodzi następujące, mniej imprezuje, no bo lepiej pójść na herbatkę, spacer, poleżeć razem. Dużo się ruszam, no bo się chodzi na długie spacerki i wierzcie lub nie, zrezygnowałem z miesięcznego i znów dreptam wszędzie na piechotkę. Dużo też jeżdżę, bo trzeba zobaczyć to czy tamto fajne miejsce. Ale na pewno tym razem nie mam zamiaru ograniczać kontaktu ze znajomymi. Jakoś staramy się balansować między spotkaniami w domu i na mieście miedzy chodzeniem na imprezy razem i osobna. I chyba na razie się udaje.

No i góry, góry, góry. Zeszliśmy się w Zawadce, potem byliśmy drugi raz, teraz Ona jest w Bieszczadach ja jadę we wtorek. I jest na prawdę dobrze, kobieta, wino i śpiew, czego więcej trzeba?

No więc szczęśliwy jestem i niewyspany jak mówi pewna piosenka, a co będzie dalej, zobaczymy. Na razie tak jak jest, jest dobrze. I oby tak zostało. I oby plusy ujemne nie przesłoniły plusów dodatnich

autor: stempien | skomentuj (4)


O mnie
  • Imie: Mikołaj
    Nazwisko: Rogowski
    Płeć: mężczyzna
    Data urodznia: 1985-12-06
    Województwo: lubelskie
    Miejscowość: Lublin
Ksiega gości
[DB Multiverse]